29 czerwca 2015

Ecolab: balsam przywracający równowagę do przetłuszczających się włosów

Dość niedawno pojawiła się w sprzedaży nowa marka rosyjska Ecolab- ma bardzo ciekawe składy i przystępne ceny. Jako pierwsze kosmetyki kupiłam balsam do włosów, który będzie bohaterem dzisiejszego postu i szampon peruwiański, za którego testy biorę się niedługo.


Producent: "Balsam jest przeznaczony do pielęgnacji szybko przetłuszczających się włosów. Zawiera ponad 97,2 % składników pochodzenia roślinnego- organiczne ekstrakty i oleje- pigwy, werbeny, imbiru, oczaru wirginijskiego. Balsam nie zawiera parabenów i siikonów."

Opakowanie plastikowe o pojemności 200 ml z pompką, co uważam za bardzo dobre rozwiązanie. Po pierwsze jest to bardzo wygodne, a po drugie po jego zużyciu na pewno przyda mi się ono, bo chętnie przeleję do niego jakąś inną odżywkę czy maskę. 
Spodziewałam się, że będzie dość niewydajny, ale wystarczył mi na ponad 10 razy co przy obecnej długości moich włosów tj. do pasa to świetny wynik:)

Zapach jest oryginalny, jeszcze nigdy się z nim nie spotkałam i ciężko mi go dookreślić, aczkolwiek mam w ogrodzie pigwę i porównałbym go z czymś podobnym. Jest dość intensywny, ale nie utrzymuje się na włosach.


Moja opinia. Ostatnio uświadomiłam sobie, że 90 % moich odżywek i masek do włosów ma składy typowo proteinowe i brak mi trochę czegoś stricte nawilżającego, a ten balsam był taką przyjemną odskocznią. Przede wszystkim warto podkreślić, że w ogóle nie obciąża włosów, ale przy tym wyraźnie nawilża włosy i sprawia, że są o wiele bardziej miękkie oraz puszyste. Mogłoby się wydawać, że jest dość przeciętny, ale ma w sobie coś dzięki czemu bardzo go polubiłam i wiem, że to nie jest ostatnia sztuka w mojej kolekcji. Wystarczy, że potrzymałam go na włosach dosłownie 5 minut i już mogłam się cieszyć ten efektem. Sprawdziłam oczywiście jak zareaguje na niego moja skóra głowy i zauważyłam, że trochę się uspokoiła po tym jak jeden z szamponów lekko ją podrażnił, przy tym nie spowodował szybszego przetłuszczania się włosów.


Skład:
wywar z białej herbaty, olej jojoba, ekstrakt z pigwy, ekstrakt z pomarańczy bergamotki, gliceryna, ekstrakt z werbeny, ekstrakt z imbiru.

Słyszałyście o tej marce?:)

26 czerwca 2015

Orientana: orientalne bogate masło do ciała trawa cytrynowa i żywokost

Dziś recenzja mojego pierwszego kosmetyku do ciała z Orientany, czyli marki, która od dawna wzbudzała moją sporą ciekawość. Niestety nie był to udany romans i gdyby nie fakt, że mam  w zapasach jeszcze masło w wersji róża i liczi oraz różany tonik nie byłabym pewna czy sięgnę po coś jeszcze.

Opakowanie to słoiczek zabezpieczony folią o pojemności 100 ml, czyli maluszek. Mimo tak niewielkich gabarytów masło wydobywało mi się dobrze aż do ostatniej aplikacji. 

Zapach. Muszę przyznać, że uwielbiam zapach trawy cytrynowej, więc ten kosmetyk od bardzo dawna interesował mnie właśnie z tego powodu. Po zdjęciu folii zabezpieczającej uderzył mnie naprawdę ostry, wyrazisty i bardzo intensywny zapach trawy cytrynowej. Początkowo ta wyrazistość trochę mi przeszkadzała, ale bardzo szybko stała się zaletą tego masła.


Moja opinia. Masło ma gęstą konsystencję, ale bardzo dobrze rozsmarowuje się je na ciele i równie dobrze się wchłania nie zostawiając żadnych smug. 

I niestety na tym kończą się jego zalety... Pierwszy raz użyłam go po goleniu- skóra nie była podrażniona ani przesuszona, a efekt po zastosowaniu tego masła zaskoczył mnie, ponieważ skóra zaczęła mnie dość mocno piec. Obawiałam się czy będzie zaczerwieniona, ale nic takiego nie miało miejsca. Wtedy myślałam, że może skóra zareagowała tak wyjątkowo i że nie będę stosować tego masła bezpośrednio po goleniu. Następny raz kiedy sięgnęłam po to masło skóra również mnie piekła, ale w trochę mniejszym stopniu. Kiedy odpuściłam używanie go przez 2 dni pod rząd pieczenie po jego zastosowaniu było porównywalne do tego za pierwszym razem. Kiedy używałam go codziennie praktycznie nie odnotowywałam pieczenia, ale dla mnie z uwagi na jego pojemność mija się to z celem. Jestem w stanie więcej zapłacić za mazidło do ciała pod warunkiem, że nawilża ono na tyle długotrwale, że spokojnie mogę po nie sięgnąć raz w tygodniu, jak np. po masła The Body Shop.

Jak się domyślacie nawilżenia nie odnotowałam, więc swojego podstawowego zadania nie spełnił kompletnie. Dobrze, że sięgnęłam po niego latem kiedy moja skóra nie jest tak wymagająca jak zimą, bo wtedy obawiałabym się czy nie przesuszyłby mi jakoś mocniej skóry.


skład jest bardzo ciekawy, bo zawiera: olej słonecznikowy, masło kokum, sok z aloesu, glicerynę, maśło shea, olej z grapefruita, ekstrakt z żywokostu, olej sezamowy, olej z gorzkiej pomarańczy, olej z kiełków pszenicy, olej z trawy cytrynowej, olejek z skórki cytryny, witamina E, ekstrakt z kurkumy, olej z jałowca- jak więc wytłumaczyć takie działanie tego masła?

Biorąc pod uwagę, że masło to w cenie regularnej kosztuje 34 zł, a jego pojemność to tylko 100 ml, a wystarczył mi na jakieś 14-15 aplikacji (wyłącznie na nogi) to niestety nie sposób mi go polecić nawet fankom trawy cytrynowej, bo jednak zapach to nie wszystko.

24 czerwca 2015

Bania Agafii: peeling masaż do ciała z pestkami maliny arktycznej

W zapasach mam kilka saszetek z Banii Agafii i postanowiłam je stopniowo zacząć zużywać. Najbardziej interesował mnie ten peeling, bo spodziewałam się bardzo ładnego zapachu i byłam niezmiernie ciekawa jak spiszą się te pestki z maliny. Czy się sprawdził?


Opakowanie to saszetka o pojemności 100 ml, której zaletą jest to, że zajmuje mało miejsca i można ją spokojnie ze sobą zabrać np. na wyjazd. Możemy po nie sięgać tyle razy ile chcemy, ponieważ ma wygodną nakrętkę. Taka saszetka wystarczyła mi na ok. 5 peelingów.

Zapach mnie bardzo rozczarował, ponieważ nie jest owocowy i świeży tak go sobie wyobrażałam, tylko bliżej nieokreślony (na siłę można go określić jako lekko owocowy) i jest chemiczny.


Moja opinia. Pierwsze użycie tego peelingu spowodowało, że uznałam go niemal za identyczny, jak ten ten już wycofany z Alterry z pestkami figi i żurawiny- z tą różnicą, że tamten pachniał obłędnie. Pod względem działania jestem nim mocno rozczarowana, ponieważ nie czuję żadnej różnicy po jego użyciu- skóra nie jest nawet minimalnie gładsza. Sam masaż jest bardzo delikatny z uwagi na to, że te pestki nie są w ogóle ostre. Mam wrażliwą skórę i myślę, że jeśli ktoś nie może używać niemal żadnych peelingów, bo praktycznie każdy go podrażnia to ten peeling powinien go zadowolić.


Skład:
olej z nagietka, pestki maliny arktycznej, olej z rokitnika, olej cedrowy, olej z amarantusa, olej z rumianku po zapachu witamina E.

Podsumowując peeling ten może być pewną kosmetyczną ciekawostką, ale na pewno nie spełnia on jakiejś użytecznej roli. Z pewnością rozczaruje każdą fankę ostrych peelingów, skoro mnie jako osobę gustującą w tych średnich nie zadowolił.

Znacie go bądź jakieś inne saszetkowe kosmetyki z Banii Agafii?:)

21 czerwca 2015

Himalaya Herbals: proteinowy szampon dodający objętości i puszystości

Markę Himalaya do tej pory znałam tylko dzięki pastom do zębów, które notabene bardzo lubię, a tym razem postanowiłam wypróbować czegoś do włosów. Skusił mnie ten proteinowy skład, który jak przewidywałam moje włosy polubiły.

Producent: "Unikalna formuła przeznaczona do pielęgnacji matowych i przetłuszczających się włosów. Bardzo skutecznie myje, nadając włosom objętość i puszystość."

Opakowanie jest dość malutkie, ponieważ ma tylko 200 ml- chyba już się przyzwyczaiłam do tych 400 ml butli rosyjskich szamponów. Butelka jest bardzo smukła, otwarcie ma dość oryginalne czym zwraca na siebie uwagę. Mimo to jest dość wydany, ponieważ po użyciu ok. 6 razy zostało mi go ciut mniej niż połowa.

Konsystencja jest gęsta i perłowa. Pachnie bardzo przyjemnie- trochę kwiatowo, uwielbiam jego zapach.


Moja opinia: zawsze podkreślałam to, że nie zależy mi na tym by uzyskać jakąś oszałamiającą objętość, chociaż puszystość jak najbardziej lubię i dążę do niej. Nie spodziewałam się więc w tej materii jakiś cudów, ale obie te rzeczy u siebie odnotowałam. Objętość jest wyraźnie zauważalna. Dodatkowo włosy są bardzo miękkie i puszyste. Dobrze oczyszcza włosy, ale nie przedłuża ich świeżości, ponieważ jak musiałam je myć codziennie tak w dalszym ciągu tak jest, ale przy tym ich w ogóle nie obciąża, nie powoduje w miarę upływu czasu przyklapu. Włosy po użyciu nie są splątane. Dodatkowym plusem jest to, że nie muszę po jego zastosowaniu używać odżywki, ale gdy sięgnę np. po maskę, którą lubię czy jakaś fajną odżywkę mam włosy, z których jestem bardzo zadowolona.


Skład:
niestety dość długi i sporo chemii, ale brak SLES i SLS, przed zapachem nie ma żadnego ekstraktu dopiero po nim znajdziemy glicerynę, syrop kukurydziany, ekstrakt z ciecierzycy, ekstrakt z korzenia lukrecji, ekstrakt z mydleńca. Aczkolwiek ten skład to dowód na to, że nawet średni skład może zaskoczyć.

Szampon nie należy do najtańszych, ponieważ trzeba zapłacić za niego ok. 14 zł, ale u mnie sprawdził się na tyle dobrze, że z pewnością kupię go jeszcze niejeden raz.

Miałyście styczność z tą marką?:)

20 czerwca 2015

Baikal Herbals: krem pod oczy "Kolagenowe Serum"

Baikal Herbals to moja ulubiona rosyjska marka- wszystkie kosmetyki, z którymi do tej pory miałam styczność stawały się od razu moimi ulubieńcami. Niemniej jednak od zasady zawsze bywają wyjątki i tak właśnie jest z tym kremem pod oczy.

Producent: "Kolagenowe serum pod oczy stworzone na bazie ekstraktów z roślin Bajkału. Krem intensywnie pielęgnuje skórę powiek pomagając na długo zachować jej sprężystość i młodość. Roślinny kolagen przywraca skórze elastyczność, wygładza zmarszczki Niebieski Len odżywia i uspokaja skórę. Lilia daurska doskonale tonizuje skórę. Organiczny ekstrakt z aloesu jest świetnym środkiem przeciwzapalnym, rozszerza naczynia włosowate, posiada właściwości regenerujące, nawilża suchą skórę. Organiczny olej z szałwii poprawia proces odbudowy kolagenu w skórze, przywracając jej sprężystość. Dzięki naturalnym aktywnym składnikom krem likwiduje drobne zmarszczki wokół oczu, wygładza skórę i przywraca jej jędrność, Spojrzenie nabiera blasku młodości."

Krem zapakowany jest w kartonik, który jak każdy kosmetyk tej marki jest zaklejony zarówno z dołu, jak i z góry. Opakowanie ma bardzo wygodną pompkę, która dozuje małą ilość produktu. Bardzo podoba mi się szata graficzna kosmetyków BH, te kwiaty są śliczne.

Krem jest bezzapachowy.

 
Już kilka razy wspominałam o tym, że mam bardzo duży problem z doborem kremu pod oczy, który by mnie nie uczulał. Niestety ten również mnie rozczarował, ponieważ puchną mi po nim powieki i okolice pod oczami i poranki, po jego użyciu przed pójściem spać, nie należały niestety do udanych. Podobnie gdy użyłam go rano za chwilę już miałam spuchnięte okolice oczu. Dodatkowo się nie wchłania tylko pozostawia taką charakterystyczną warstewkę i co najdziwniejsze roluje się dość mocno. Niestety recenzja jest dość krótka z uwagi na to, że nic więcej nie jestem w stanie o nim napisać, bo gdyby chociaż się wchłaniał mogłabym coś napisać o nawilżeniu czy ujędrnieniu.

Skład:
zawiera olej lniany, ekstrakt z lilii durskiej, ekstrakt z aloesu, olej z szałwii, glicerynę, hydrolizowane proteiny pszenicy, hydrolizowane proteiny ryżu.

Jakie są Wasze ulubione kremy pod oczy?:) Mi chodzi po głowie by kupić Alterrę Winogrona i Biała Herbata  i Tołpę Green z serii Nawilżenie nawilżający łagodzący krem pod oczy.